Powrót szczura
Dawniej, kiedy usiłowałam coś napisać, wyłaziłam niemal z siebie i stawałam obok. Siliłam się na wyżyny, siliłam się na oryginalność odnosząc odwrotny skutek. Powstawały w ten sposób potwory, co jeden to lepszy, pełne zwrotów niezrozumiałych dla czytelnika, a najgorsze, że niezrozumiałe dla mnie. Górnolotne, kiczowate i pstre perełki.
Czas, który minął od tamtego momentu przyniósł pewne uproszczenie i nauczył, że w każdym calu trzeba zachować siebie, a zwlaszcza zachować siebie tworząc.
Tym optymistycznym akcentem pragnę zapowiedzieć, że wracam do pisania – dojrzalsza literacko, ale głupsza emocjonalnie. A jedno i drugie dla pisania jest dobre.
Jeśli jeszcze uda mi się zapanować nad mętlikiem w głowie, który powstał jako następstwo mętliku w życiu, powstanie coś z krwi i kości mojego – bez zbędnych tworów i kretyńskich porównań.
A potrzeba mi tylko planu, następnie spokoju, a kolejno natchnienia. Gdy osiągnę dwa pierwsze, ostatnie, trzecie, zjawi się samo.
Czytam poleconą Sarah Waters. Jakże przemiła, wiktoriańska opowieść.
Dumą napawa mnie piątka z marketingu.